• Mowa prezesowa
  • Artykuł pochodzi z numeru IUSTITIA 2(20)/2015, dodano 22 sierpnia 2015.

Hop, siup i od nowa

Maciej Strączyński

(inne teksty tego autora)

Tym razem klasykiem cytowanym na wstępie będzie Agnieszka Osiecka. Mało kto dziś pamięta, że to ona napisała dla kabaretu „Pod Egidą” prosty tekst odśpiewany chóralnie na kabaretonie w Opolu w 1981 r. – w okresie wolności między Sierpniem ’80 a stanem wojennym. W tekście było po jednym krótkim zdaniu, co się działo za Bieruta, za Ochaba, za Gomułki… a po każdym z nich refren: „hop, siup, i od nowa, Polska Ludowa, Polska Ludowa”. Bo istotnie, Polska Ludowa to były ciągłe okresy błędów, wypaczeń (i wybaczeń tym, co rządzą), ciągle były też reformy i odnowy, czyli od nowa to samo.

Po 13 grudnia „roku pamiętnego” można było usłyszeć tekst Osieckiej tylko przy ogniskach i z taśm magnetofonowych, aż do upadku Ludowej. Dziś mało kto go pamięta, ale ja zapomnieć go nie mogę. Bo Ludowej już nie ma, ale jest „hop, siup i od nowa”. Gdy analizuję to, co dzieje się w naszym kawałku Polski – w sądownictwie – do tekściku Osieckiej chciałoby się dopisywać nowe zwrotki. Popatrzmy więc, jak wygląda owo „hop, siup i od nowa”.

W 1997 r. uchwalono nam nowe kodeksy karne. Jakże były znakomite, o wiele lepsze od poprzednich. Ich autorzy dbali głównie o to, aby żadne sformułowanie z poprzednich kodeksów nie powtórzyło się w nowych. Wszystko musiało być inaczej, bo nowe lepsze kodeksy pisali autorzy z innego uniwersytetu niż poprzednio. I tak do 1997 r. przerwa w rozprawie karnej trwała 21 dni, od 22 zaczynało się odroczenie. Ale nie miało to znaczenia, bo czy przerwana, czy odroczona, sąd prowadził rozprawę w dalszym ciągu. Trzeba więc było coś zmienić. I zmieniono: przerwa mogła trwać do 35 dni, ale jeśli się przedłużyła i zrobiło się 36 dni – rozprawę prowadzono od początku, chyba, że wszystkie strony zgodziły się na jej kontynuację. Zmiana została genialnie uzasadniona: sędziowie zostaną zdyscyplinowani, będą dbali o to, aby rozprawy odbywały się często, aby nie dochodziło do nadmiernych odroczeń. Bo przecież to tylko przez lenistwo sędziów sprawy tak się ciągną, prawda?

Zmianę wprowadzono i wtedy dopiero jej skutki stały się widoczne. Prawotwórcy, którzy w sądzie nigdy nie byli, nie wiedzieli, że sędzia to żywy człowiek i po przeprowadzeniu np. 30 rozpraw, pod koniec przewodu sądowego w wielkiej sprawie może zarządzić przerwę, a następnie złamać nogę, doznać wypadnięcia dysku albo złapać grypę z powikłaniami. Rozprawa się nie odbędzie, termin 35 dni „pęknie”, a oskarżeni z uśmiechem zawołają: przewód sądowy „hop, siup i od nowa” proszę!… I wołali, a wielkie sprawy się nigdy nie kończyły. Zresztą sędziowie mogli być zdrowi, ale gdy oskarżonych było 20, to zawsze jakiś biedaczek zachorował. Adwokat przynosił zaświadczenie, sprawa spadała (nie było jeszcze przepisu zezwalającego na prowadzenie rozprawy pod nieobecność oskarżonego), 35 dni mijało, a potem „hop, siup i od nowa”! W końcu ktoś z rządzących dostrzegł stojące w miejscu procesy, doszedł do wniosku, że może to jednak nie jest wina sędziów i zaczęła się wielka nowelizacja KPK (o dziwo, z udziałem „Iustitii”). Po 5 latach męki przywrócono poprzednie zasady. Oskarżeni przestali chorować, bo już nic to nie dawało i sądy odzyskały sprawność. „Hop, siup i od nowa”.

Zaraz po nowych kodeksach, w czasach tej samej Minister Hanny Suchockiej wymyślono nowe wydziały sądów. Jakie? Nie wiadomo. Bo w jednej wersji miały to być wydziały grodzkie, a w innej cywilno-karne. Różnica polegała na tym, że w jednej ustawie były to wydziały niższej rangi niż sąd rejonowy (środki odwoławcze od orzeczeń w nich zapadających miał rozpoznawać sąd rejonowy, jako niby-wyższy), a w drugiej były to normalne wydziały sądów rejonowych, równorzędne. Ustawy uchwalono niemal jednocześnie, oczywiście nikt z Prawdziwej Władzy na ich sprzeczność uwagi nie zwracał i sądy ratowały się klauzulą lex posterior derogat priori, która sprawiła, że nowe wydziały były równorzędne, a nie niższe. Powołano przewodniczących, sekretariaty, kierowników i przez 10 lat obok wydziałów cywilnych i karnych funkcjonowały cywilno-karne, a potem grodzkie – mieszańce od drobnych spraw. Iluż ludzi miało zajęcie, ile cennych statystyk (przez nikogo nieczytanych) można było stworzyć! Aż po 10 latach wydziały grodzkie zlikwidowano i okazało się, że sądy działają lepiej bez nich. „Hop, siup i od nowa”.

Za tej samej pani minister – wyjątkowo zdolna w reformowaniu była, ale zajmowała też fotel ministra przez 2 lata, 7 miesięcy i 8 dni, co jest rekordem III RP – Prawdziwa Władza doszła do wniosku, że trzeba zrobić coś ze strasznym zagrożeniem, jakie stanowią pijani rowerzyści. Jak wiadomo, pod kołami rowerów ginęły tysiące ofiar. Awansowano więc jazdę na rowerze w stanie nietrzeźwości z wykroczenia na przestępstwo. Początkowo nic się nie stało, bo sądy wymierzały grzywny, ograniczenia wolności, a przede wszystkim sławetne „zawiasy”. Ale lata mijały, a pijani kolarze okazywali się wyjątkowo niepodatni na resocjalizację. Wyrok za wyrokiem leciał, a gość jeździł po alkoholu. Gdy radiowóz policyjny ustawiał się w niedzielny wieczór na drodze prowadzącej z podmiejskich ogródków działkowych do miasta, zdejmował z rowerów przestępcę za przestępcą: ależ to wykrywalność była! Wkrótce art. 178a Kodeksu karnego stał się podstawą połowy wyroków skazujących w Polsce, zaczęło się „odwieszanie zawiasów” i zakłady karne zapełniły się kolarzami odsiadującymi po parę zarządzonych kar jedna za drugą. W końcu Prawdziwa Władza stwierdziła, że nie stać jej na utrzymywanie dziesiątek tysięcy takich pensjonariuszy ZK i po raz pierwszy w historii zdekryminalizowała czyn masowo popełniany, przyznając wprost, że karanie sprawców nic nie daje, ponadto straszliwie knocąc przepisy przejściowe, jak zwykle zresztą. Jazda rowerem po pijanemu stała się z powrotem wykroczeniem i policjanci z dnia na dzień stracili zainteresowanie rowerami jadącymi zygzakiem, bo co kogo obchodzi czyn, który nie poprawia statystyki wykrywalności przestępstw. Odtrąbiono więc sukces – pijanych kolarzy ubyło, jest poprawa! A kolarze jeżdżą, „hop, siup i od nowa”.

W 2007 r. reformę zafundował nam Trybunał Konstytucyjny: zniósł instytucję asesora sądowego jako niezgodną z Konstytucją. Powodem były niewłaściwe zasady powoływania i zwalniania, uzależniające asesora od władzy wykonawczej. Trybunał zniósł, chociaż nie chciał. Jego ówczesny skład miał na względzie dobro sądownictwa i na wszelkie sposoby sygnalizował Prawdziwej Władzy, jakie czynności trzeba wykonać, aby asesora uratować. Ale politycy na sugestie byli odporni, bo wymyślili Krajową Szkołę Sądownictwa i Prokuratury i uparli się, że to ona będzie panaceum na problem kadr. Zatem w 2007 r. powołano ostatnich asesorów, a do maja 2009 r. w szybkim trybie nominowano ich na sędziów, tworząc zarazem KSSiP tą samą ustawą, która umożliwiała ich powołanie, aby Prezydent Lech Kaczyński nie mógł zawetować powołania szkoły. Asesorzy zniknęli.

Strona 1 z 212