• Mowa prezesowa
  • Artykuł pochodzi z numeru IUSTITIA 4(18)/2014, dodano 4 marca 2015.

Nie lękajcie się!

Maciej Strączyński

(inne teksty tego autora)

Tak nadszedł dzień, gdy Trybunał Konstytucyjny wyrzucił asesurę z systemu prawnego, a rządzący ogłosili, że panaceum na problemy będzie Krajowa Szkoła Sądownictwa i Prokuratury. Od rozpoczęcia przez nią działalności minęło parę lat, ale wciąż jeszcze podstawową grupę ubiegających się o stanowisko sędziego stanowią absolwenci starej aplikacji. Są wśród nich ci, dla których zabrakło niegdyś miejsca na asesurze oraz „sierotki po Trybunale”, którym w trakcie aplikacji Rzeczpospolita zamiast asesury pokazała figę. Dziś dążą do zawodu sędziego. Sędziów jest o połowę więcej niż przed laty, ale zadań dla nich trzy razy więcej. Za to otwarcie innych zawodów prawniczych nagoniło do nich chętnych i zaczęła się tam ostra konkurencja. Sąd ma więc swoje zalety.

Tu zaczyna być widoczna różnica. Kiedyś stanowisko sędziego było dla aplikanta, a potem asesora, normalnym awansem. Dziś referendarze i asystenci, choć też ukończyli aplikację sądową, latami dobijają się o miejsce w sędziowskim gronie. Dziesiątki razy wypełniają karty zgłoszenia i słyszą na zgromadzeniu, że wybrano kogoś innego, zanim doczekają chwili, gdy to oni zostaną wskazani. Czasami zagrodzi im jeszcze drogę kandydat z innego zawodu prawniczego: ci zgłaszają się dużo rzadziej, ale procent „wygrywalności” mają nieporównanie większy. Młyny nominacyjne mielą wolno: kiedyś asesorem zostawało się w dwa tygodnie, a sędzią z asesora w trzy miesiące. Dziś trwa to ponad rok. Wszyscy kandydaci mają pozytywne opinie, które często niewiele mówią, gdy przychodzi do podjęcia decyzji.

Dawny aplikant uczył się sędziowskiego sposobu myślenia na aplikacji i wiedział, że już wkrótce sam będzie to samo robił. Zostawał asesorem ledwie dwa lata po studiach, był pewny siebie (może i niesłusznie), wiedzę za to miał świeższą i nieprzytłumioną paroma latami np. mechanicznego dokonywania wpisów w rejestrze. Za to miał mniej doświadczenia życiowego, o czym zazwyczaj nie wiedział. Nie oznacza to jednak, że asesorzy popełniali w tamtych latach masowo błędy. Dawano nam takie sprawy, abyśmy się na nich nie potknęli: każdy od czegoś zaczyna, młody lekarz też swoich pierwszych pacjentów nie wyprawia na tamten świat. Przepisów o przydzielaniu spraw według kolejki jeszcze nie było, przewodniczący zaś czuwali.

Obecny młody sędzia powinien być lepszy. Jest starszy niż ten, który rozpoczynał orzekanie w „moich” czasach. Ma doświadczenie życiowe, często stabilną sytuację rodzinną. Ma też za sobą wieloletnie oczekiwanie w zawodzie asystenta lub referendarza i porcję niepowodzeń. Oczekiwanie przycierało mu różki, uczyło znać swoje miejsce w szeregu. Zdobycie miejsca w sędziowskim fotelu stało się dla niego szczytem marzeń, chwyceniem Pana Boga za nogi, niekiedy nic mu więcej nie potrzeba. A szkoda. Bo, jak zaznaczyłem na początku, piszę o świadomości bycia władzą sądowniczą. O rodzaju pozytywnej, uzasadnionej samooceny.

Lata 90. XX w. były złotym wiekiem polskiego sądownictwa. Sądy były tak niezależne, jak nigdy przedtem i nigdy potem. Sędziowie mieli świadomość bycia trzecią władzą, bo naprawdę nią byli. Do znanego mi sędziego zatelefonowano wtedy z… Kancelarii Prezydenta. Ten wiedząc, że chodzi o sprawę karną, nie pytał o nic: z góry zbeształ rozmówcę za próbę wpływania na niezawisły sąd. Tamten, przerażony, zamilkł: naprawdę dzwonił z Kancelarii Prezydenta, co potem sprawdzono, ale chciał powiedzieć coś, czego mówić nie wolno. Sędziowie byli też przyzwoicie traktowani. Prezesów sądów wojewódzkich w 1990 r. po prostu sobie wybrali i świat się nie zawalił. Nawet wynagrodzenia Prawdziwa Władza obcinała im ostrożnie, bo gdy zrobiła to za ostro, sędziowie wnieśli masowo pozwy, wygrali i trzeba było wszystkim zapłacić duże wyrównania i odsetki.

Dzisiejszy młody sędzia widzi od dawna istniejący silny nadzór administracyjny, wie, że ministerstwo wszystkich sędziów kontroluje i kontrolować będzie. Że sędziowie są przeciążeni, o 15.00 wychodzą do domu na obiad, a o 16.30 znowu są w sądzie i tkwią tam do wieczora nad aktami. Że liczy się statystyka, załatwialność, pokrywanie wpływu, a nie wymierzanie sprawiedliwości. Że lepiej zamiast własnych poglądów mieć poglądy sądu odwoławczego. Że jak władza zechce, to znowu coś sędziom zabierze, bo stale zabiera jakieś uprawnienia samorządowe i pracownicze, a dokłada obowiązków i nadzoru. Dla niego ta sytuacja staje się normalna. Innych czasów nie pamięta, bo nie było go wtedy w „wymiarze”.

Strona 2 z 3123