• Varia
  • Artykuł pochodzi z numeru IUSTITIA 3(9)/2012, dodano 26 listopada 2012.

O opanowaniu sędziego

dr hab. Maciej Jońca, prof. KUL

(inne teksty tego autora)

Jednym z dzieł, które znacząco przyczyniły się do formowania intelektualnej sylwetki średniowiecznych prawników, był bez wątpienia traktat „Policraticus” Jana z ­Salisbury (1120–1180). Celem autora było przedstawienie poglądów na różnorakie kwestie związane z filozofią, etyką, nauką o państwie, a także rolą Kościoła w świecie. Obok tego w rozprawie poruszono również szereg zagadnień mających fundamentalne znaczenie dla prawników-praktyków. Uczony biskup nader obficie czerpał przy tym ze źródeł prawa rzymskiego (zwłaszcza z Digestów), kanonicznego (zwłaszcza z Dekretu Gracjana) oraz starożytnej literatury nieprawniczej. Uwagę sędziów warto zwrócić na fragment następujący:

„Każdy, kto wymierza sprawiedliwość powinien przestrzegać tego, by dostęp do niego był łatwy, ale może nie godzić się na znoszenie obelg. Stąd w cesarskich mandatach dodano nakaz, by sędzia nie pozwalał sobie na większą poufałość w stosunku do podsądnych, gdyż z rozmowy toczonej jak równy z równym rodzi się zniewaga urzędu. Sędzia zatem tak powinien orzekać, by autorytet urzędu umacniać prawością osobistą. A rozpoznając sprawy nie powinien pałać gniewem wobec tych, których uważa za złoczyńców, ani wylewać łez nad prośbami ofiar niedoli. Nie jest bowiem sędzią nieugiętym i sprawiedliwym ten, którego twarz odkrywa stan duszy. Co jest jednak jeszcze gorszym zachowaniem u mężczyzny – jeżeli jego policzki szybko zmieniają kolor, skóra się marsz­czy, uszy się czerwienią, chmurzy się twarz; lub też, jeżeli gniew rozpala krew, która zalewa twarz, usta toczą pianę, ramiona opadają na dół, podrywają się stopy, ciałem targają wstrząsy, a całe zachowanie zdradza nie tyle wściekłość, ile chorobę psychiczną. Naturalnie, kiedy widzę takich sędziów, współczuję im, ale i boję się o siebie, pamiętając o ludziach z Afryki, którzy zostali przez Pliniusza opisani w »Historii naturalnej«. Wieść bowiem niesie, że rzucają oni urok swoim głosem i językiem (…). Rzucenie uroku wzrokiem jest również śmiertelne. Ta sama księga odnosi się do ludzi mieszkających w Illyrii, którzy zabijają wzrokiem tych, na których przez dłuższy czas patrzą z gniewem, a mężczyźni i kobiety, którzy wyrządzają szkody wzrokiem, mają podobno po dwie źrenice w każdym oku. (…) Boję się, by skłonni do gniewu sędziowie nie byli z nimi spokrewnieni. Głoszą przecież fizjonomowie, że ci, którzy mają podwójne źrenice, są bardziej skłonni do nikczemności”1.

Modelowy, nieodgadniony wyraz twarzy sędziego dostrzec można na miniaturze pochodzącej ze średniowiecznej „Księgi nicponi” (Soester Neqambuch), obstalowanej w XIII w. przez nadreńskie miasto Soest. W dziele umieszczono przerażające scenki, które miały uświadomić miejscowemu i napływowemu „elementowi”, jakie konsekwencje wiążą się z łamaniem prawa. Wśród przedstawień znalazła się scena pokazująca sędziego rozpartego na krześle, któremu towarzyszy kat dzierżący pokaźnych rozmiarów miecz. Nieco dalej ustawił się oskarżyciel i jeszcze jedna osoba. Może to być oskarżony lub świadek. Sędzia jedną rękę unosi, wzywając ich do podejścia, w drugiej zaś trzyma… odciętą (można się domyślać, że chwilę wcześniej) ludzką dłoń! Los taki czekał między innymi złodziei schwytanych na gorącym uczynku a także krzywoprzysięzców, w tym tych, którzy pod przysięgą składali fałszywe zeznania w sądzie. Pomimo makabrycznej scenerii, twarz sędziego pozostaje niewzruszona. Wygląda na to, że ten akurat szafarz sprawiedliwości ze zrozumieniem czytał dzieło Jana z Salisbury. I to pewnie nie raz.

Maciej Jońca – autor jest adiunktem w Katedrze Prawa Rzymskiego KUL oraz historykiem sztuki.

 1 Z łaciny przeł. M. Jońca.