• Varia
  • Artykuł pochodzi z numeru IUSTITIA 2(8)/2012, dodano 1 sierpnia 2012.

Pacta servanda sunt!

dr hab. Maciej Jońca, prof. KUL

(inne teksty tego autora)

Kraków przez wiele wieków uchodził za jeden z najsilniejszych w Europie ośrodków czarnej magii. „Rozsiewano też i wtedy i późniey: że Akademia Krakowska słynęła nauką sztuk magicznych, a tu źrzódło było bayki o Twardowskim, która to bayka aż do najgłębszej rozeszła się Rusi. Jeszcze sto lat późniey nawet Niemieckie powieści twierdziły: że czarnoxiężnik Jan Fust uczył się w Krakowie”, zauważa Sebastian Brandkie1.

Jan Faust, to oczywiście unieśmiertelniony przez Goethego Johann Georg Faust, postać autentyczna, alchemik, wróżbiarz i astrolog. Karnista i historyk prawa, Stanisław Waltoś, przeprowadził prywatne śledztwo na okoliczność pobytu doktora Fausta w Krakowie. Jego efekty są jednak rozczarowujące: „Ostateczna konkluzja jest jednoznaczna – opowieśćo studiach Fausta w Krakowie można między bajki włożyć”2.

Jan Twardowski natomiast faktycznie żył w Krakowie w XVI w. Jego sława sprawiła, że został dopuszczony do najbliższego otoczenia króla Zygmunta Augusta, zrozpaczonego po stracie Barbary Radziwiłłówny. Magowi udało się nawet przynieść chwilową pociechę strapionemu władcy przez wywołanie ducha jego ukochanej. Posłużył się w tym celu słynnym „lustrem Twardowskiego”.


Michał Elwiro Andriolli, Twardowski
z diabłem, rysunek piórkiem, 1890

Dla nas ważniejsze jest wszakże coś innego. Otóż warto za Brandkiem zestawić legendy Fausta orazTwardowskiego i przyjrzeć im się okiem prawnika. „Historia doktora Johanna Fausta, słynnego czarnoksiężnika i mistrza czarnej magii” podaje, że Faust, chcąc posiąść znajomość licznych nauk oraz zdobyć ukochaną kobietę, podpisał z czartem umowę. Kontrakt opiewał na 24 lata, podczas których ambitny doktor mógł we wszystkim liczyć na pomoc piekielnego pomocnika. Po upływie czasu diabeł odnalazł jednak swego kontrahenta w gospodzie w Rimlich, po czym bezceremonialnie skręcił mu kark i porwał duszę. Wszystko odbyło się więc, można powiedzieć, bardzo po niemiecku. Świadczenia wzajemne zostały spełnione, a zobowiązanie wygasło.

Zgodnie z rodzimymi podaniami, początkowo identycznie poczynał sobie z diabłem polski szlachcic Jan ­Twardowski. Nasz rodak spowodował jednak, że w umowie znalazła się specjalna klauzula, zgodnie z którą miejscem wykonania umowy miał być Rzym, po czym, jak to nasi, ani myślał wybrać się na pielgrzymkę do Wiecznego Miasta. W efekcie diabeł musiał się nieźle natrudzić, by zwabić go do feralnej karczmy i „położyć na nim areszt”. Pojmanie ­Twardowskiego zapewne zakończyłoby opowieść, gdyby toczyła się ona gdzieś na Zachodzie Europy. W Polsce jednak nadzieja umiera ostatnia. Oto Twardowski, niesiony w czarcich szponach, rozpoczął odmawiać nowennę do Najświętszej Panienki, co spowodowało, że diabeł upuścił go i pierzchł. Twardowski szczęśliwie wylądował zaś na Księżycu, gdzie, jeżeli wierzyć legendom, do dziś ma się dobrze i gwiżdże na swojego wierzyciela.

Obie historie, abstrahując od wątków eschatologicznych, dosyć dobrze obrazują dwaróżne wyobrażenia na temat powinności wynikających z zaciągniętych przez siebie zobowiązań. Z Faustem sprawa jest prosta. Pacta servanda sunt! Co innego Twardowski. Po tym, co zrobił, spokojnie może uchodzić za idola wszelkiej maści wyłudzaczy, krętaczy i niewypłacalnych dłużników. Zwłaszcza takich, którym udało się najpierw latami wodzić wierzycieli za nos, a potem wyprowadzić cały swój majątek i ukryć go w miejscu o wiele bardziej bezpiecznym niż Księżyc.


Maciej Jońca - autor jest adiunktem w Katedrze Prawa Rzymskiego KUL oraz historykiem sztuki.

1S. Brandkie, Dzieje narodu polskiego.T. II, Wrocław 1820, s. 102.

2S. Waltoś, Na tropie doktora Fausta i inne szkice, Warszawa 2004, s. 120–121.