• Mowa prezesowa
  • Artykuł pochodzi z numeru IUSTITIA 3(17)/2014, dodano 11 listopada 2014.

Słowo o ustroju

Maciej Strączyński

(inne teksty tego autora)

Wśród sędziów jest jeszcze dość duża grupa tych, co zaznali edukacji na poziomie szkoły podstawowej czy średniej w poprzednim, jedynie słusznym ustroju. Zaś wśród przedmiotów szkolnych, na które sytuacja polityczna w kraju ma największy wpływ, zawsze jest historia. Co się napisze w podręczniku, to będzie obowiązującą wersją przeszłości. W ustroju poprzednim obowiązywała więc teoria opracowana w XIX w. przez dwóch brodatych Niemców, że społeczeństwo rozwija się od wspólnoty pierwotnej poprzez różne formy ustrojów niewolniczych, dochodzi do feudalizmu, feudalizm przekształca się w kapitalizm, potem zaś pojawia się wspaniały socjalizm, który jest drogą do komunizmu
– chłopsko-robotniczego raju społecznego.

Jak wiadomo, losy świata potoczyły się inaczej. Raj był bajką, a socjalizm okazał się w wielu krajach, w tym w Polsce, najdłuższą i najtrudniejszą drogą prowadzącą od kapitalizmu do kapitalizmu, czyli od demokracji do demokracji. Niekiedy, gdy jakiś kraj próbował przeskoczyć z feudalizmu prosto w socjalizm, zawracał do feudalizmu: przykładem jest dziedziczna monarchia absolutna w Korei Północnej i zbliżone ustroje w krajach geograficznie bliższych. Niejeden kraj ma swój ulubiony ustrój, z którego z uwagi na mentalność społeczeństwa nie jest w stanie się wyrwać, nawet jeśli zmieni się nazwę czy to kraju, czy to ustroju.

A co my mamy? Istnieją prawa o ustroju sądów (powszechnych, administracyjnych, wojskowych), więc jakiś ustrój tu jest. W czasach PRL ustrojem tym był socjalizm, równie zakłamany jak jego ogólnopaństwowy oryginał. Wszystkie ważniejsze decyzje zapadały w gabinetach działaczy PZPR: kto ma zostać prezesem, kto w ogóle może zostać sędzią, a kto nie daje rękojmi, że będzie należycie wymierzał sprawiedliwość socjalistyczną. Sędziów Sądu Najwyższego weryfikowano co 5 lat w ramach „kadencji”, aby przypadkiem zbyt niezawiśli nie byli. Jaki był ustrój w państwie, taki w sądach. Za to obecnie, gdy zastanawiam się, czy ustrój sądów przystaje do ustroju państwa, nabieram zasadniczych wątpliwości. Popatrzmy sobie.

Mieliśmy kiedyś trzy stany: chłopstwo, mieszczaństwo i szlachtę. Chłop był określany w dokumentach: „pracowity Jan Socha”. Pracowity, czyli ten, który ma pracować. Mieszczanin określany był jako „zacny”, szlachcic – „urodzony”. W Polsce „urodzonych” było około 10% społeczeństwa, wyjątkowo dużo jak na Europę. I te trzy stany coś przypominają.

Chłopi mają pracować. Obecnie: pokrywać wpływ (jakże ten językowy potworek się rozpowszechnił). Chłopów pilnują różni nadzorcy. Chłop jest przywiązany do ziemi, której nie ma prawa opuścić, chyba, że za zgodą króla. Ale król może tej łaski udzielić albo nie, bez tłumaczenia się, bo chłop na króla skarżyć się nie może. Jak król ma zły humor, każe zaorać całą wieś. Niektórzy z chłopów zostają sołtysami i wtedy więcej poganiają innych, a mniej sami orzą: im większa wieś, tym większa różnica między sołtysem a zwykłym chłopem. Jeżeli chłopi będą się starać albo skutecznie wkradać w łaski wyżej postawionych, mogą awansować do wyższej klasy społecznej – mieszczan. Szansę na to ma statystycznie co drugi chłop, tak wynika z porównania liczebności obu klas.

Wśród „zacnych” mieszczan są ci, którzy pracują we własnych warsztatach, mniej lub bardziej ciężko, w zależności od sytuacji. Inni nadzorują chłopów, przy czym czasem jest więcej pracy, a czasem więcej nadzoru. Niektórzy zostają sołtysami w co większych wsiach, bo chłop może nie chcieć poganiać innego chłopa wystarczająco stanowczo. Są też wśród mieszczan burmistrze i rajcy, którzy czynią władzę w swoich miastach. Rajcy pracują mniej, ich zadaniem jest nadzorowanie innych pod kierunkiem burmistrza. Im większe miasto, tym oczywiście większa różnica między zwykłym mieszczaninem, a rajcą czy burmistrzem.

I wreszcie „urodzeni”, czyli nobiles. O ile mniej więcej co drugi chłop ma szansę zostać mieszczaninem, to liczba szlachty stanowi zaledwie 1/5 liczby mieszczan, zatem nobilitacji dostąpią już tylko nieliczni. Szlachta stanowi tylko 5% społeczeństwa, mniej niż w średniowiecznej Polsce. Wykonuje pewną pracę, rzecz jasna. Niekiedy nawet niełatwą, ważną, ale nie da się ukryć, że ilość ich pracy jest daleka od tego, co mają do zaorania chłopi. Z tego grona wywodzą się wojewodowie, powoływani przez monarchę. Niekiedy również co większe kasztelanie w miastach obsadzane są przez nobili, bo urodzony będzie lepiej pilnował mieszczan.

Wreszcie jest dwór królewski. Kto tam trafi, ten już sam orać ani kuć nie musi, przeznaczony jest do wyższych celów. Coś oczywiście robi na owym dworze, ale najczęściej albo projekta nowych konstytucyj układa dla umocnienia władzy królewskiej, albo pismami z pieczęcią dworską niżej postawionych chlasta i depozycyj żąda. Na ogół warto być u boku króla: apanaże znaczne, a sołtys czy burmistrz nie stoją nad karkiem. Przeciwnie, samemu można nadzorować. Na dwór królewski może dostać się nawet chłop albo mieszczanin, jeśli zdoła. Krzywda się mu już wtedy nie stanie, byle się na dworze utrzymać. Jeśli z dworu nawet odejdzie, ale w dobrej komitywie z nim pozostanie, to łatwo chłopu wyzwolić się na mieszczanina, a mieszczaninowi uzyskać nobilitację.

Awans ze stanu do stanu nie jest łatwy, wielu próbuje. Chłopi chcą zostać mieszczanami, mieszczanie szlachtą, chociaż tu już rzadziej, bo wiedzą, że nobilitacja tylko dla wybranych. Najłatwiej zostać mieszczaninem takiemu chłopu, któremu król pozwolił – za poręką właściwego burmistrza – porzucić rolę, osiąść czasowo w mieście i tam pracować. Albo sołtysowi, jeśli wedle wyżej postawionych dobrze się spisywał. Wielu próbuje, udaje się tylko części. Z nobilitacją jest jeszcze inaczej. W wielu województwach są nieformalne listy mieszczan, ustalające, kogo się będzie w przyszłości nobilitować. Na ogół burmistrzów i rajców.

Strona 1 z 212