- Artykuły, Ważne pytania
- Artykuł pochodzi z numeru IUSTITIA 3(5)/2011, dodano 31 grudnia 2011.
Dobrzy sędziowie są najważniejsi
z profesorem Tadeuszem Erecińskim Prezesem Sądu Najwyższego rozmawia
[hidepost=1]
K.M.: Czy potrzebny jest nadzór administracyjny nad sądami powszechnymi, a jeśli tak, to kto powinien go sprawować?
T.E.: Jestem zdecydowanym zwolennikiem przyjęcia modelu istniejącego w sądownictwie administracyjnym. Powoływanie się na rozwiązania w innych systemach prawnych, które przyjmuje możliwość nadzoru sprawowanego przez MS, nie jest decydujące, bo należy to powiązać z tradycją i kulturą prawną. Na naszym obecnym etapie nadzór administracyjny nad sądami powszechnymi powinien być sprawowany przez Sąd Najwyższy. Nie mam wątpliwości, że w aktualnej sytuacji wyrok TK z 15.1.2009 r.1, który usiłuje udowodnić pozytywne aspekty nadzoru ministerialnego, jest nieprzekonujący. Nie bierze dostateczne pod uwagę choćby tego, że Minister Sprawiedliwości jest zawsze politykiem i chce mieć wpływ na sprawność i funkcjonowanie sądów. Sąd Najwyższy daje gwarancję prawidłowego i skutecznego nadzoru, o czym świadczy to, że potrafił tak zorganizować swoje funkcjonowanie, że obecnie żadna sprawa nie czeka na rozpoznanie przeciętnie dłużej niż 10 miesięcy. Dodatkowo nie jest obdarzony zmiennością, jaka cechuje Ministra Sprawiedliwości jako polityka, który realizuje program swojej partii. Zapewniłoby to stabilność na szczeblach władzy sądowniczej, w przeciwieństwie do stale zmieniających się kierunków polityki prawa realizowanych przez poszczególnych ministrów. Za takim modelem przemawia także trudność w rozdzieleniu nadzoru administracyjnego i judykacyjnego. Nie przekonuje mnie, że wytykanie sędziemu, iż za rzadko wyznacza rozprawy, jest kwestią nadzoru administracyjnego. Moim zdaniem, to ingeruje w jakimś sensie w niezawisłość sędziowską, dlatego że sędzia prawidłowo funkcjonujący powinien o tego rodzaju czynnościach sam decydować, a jeżeli nadużywa swobody w tym zakresie, to od tego jest postępowanie dyscyplinarne, a nie wytyczne administracyjne ze strony ministerstwa sprawiedliwości.
K.M.: Jak Pan ocenia prawidłowość przebieg procesu legislacyjnego w Polsce? Gdzie leży przyczyna znacznej niestabilności prawa i jak zapobiegać temu zjawisku?
T.E.: Ogólnie proces legislacyjny oceniam źle. Po pierwsze, jest to wynikiem tego, że mamy zdecydowanie zbyt mało czasu na tworzenie prawa. Tymczasem pośpiech obecnie już nie wydaje się tak niezbędny jak kiedyś. Po drugie, łączy się to z nadmiernym udziałem grup nacisków. Nie przybierają one postaci takich, na jakie pozwala ustawa o lobbingu, ale w parlamencie z inicjatywy poszczególnych posłów i senatorów wprowadzane są na bieżąco poprawki do projektów aktów normatywnych. Od lat bronię stanowiska, że parlament powinien przy projekcie ustawy wskazać kwestie, które jego zdaniem zostały źle uregulowane, regulacje które powinny zostać poprawione czy zmienione. Taki projekt z uwagami powinien wrócić do jego twórców. Zapobiegnie to poprawkom „na gorąco”, które mogą wydawać się uzasadnione, a po jakimś czasie okazują się szkodliwe i prowadzą do dekompozycji danego aktu prawnego. Powinna być większa możliwość spokojnego przygotowania aktu prawnego, większej dyskusji na etapie projektów, zwłaszcza dużych aktów prawnych, do czego w zasadzie w naszych warunkach nie dochodzi. Pomimo wezwań do dyskusji, przykładem był tu projekt ustawy o postępowaniu grupowym, mimo opublikowania projektu w „Przeglądzie Sądowym” i próśb o nadesłanie uwag, ani jedna uwaga do redakcji nie została nadesłana. W moim przekonaniu przyczyna niestabilności prawa wynika także z niecierpliwości władzy politycznej, która chce bardzo szybko reagować na wszelkie wątpliwości związane ze stosowaniem prawa. Wydaje się, że doszliśmy do takiego etapu, kiedy powinno się pozwolić na to, aby sądy doprowadziły do prawidłowej wykładni przepisów, a nie żeby każda dostrzeżona wątpliwość prowadziła do zmiany prawa. Skutkiem jest niepotrzebna kazuistyka. Należy więc apelować o większą cierpliwość w stosowaniu mechanizmów ujednolicania orzecznictwa, które istnieją w systemie prawnym, a nie reagować nerwowo na każdą dostrzeżoną wadę
ustawy.
K.M.: Czy sprawdza się idea komisji kodyfikacyjnych w obecnym kształcie, zwłaszcza w kontekście dokonywanych zmian w toku procesu legislacyjnego?
T.E.: Idea komisji kodyfikacyjnych się sprawdza, tyle tylko, że władze muszą zdać sobie sprawę, że przygotowanie dużego i dobrego aktu prawnego wymaga czasu. Zaś finalny efekt prac komisji w procesie legislacyjnym powinien być traktowany w sposób szczególny.
K.M.: Na ile projekty przygotowane przez Komisję są dziełem poszczególnych członków komisji, a na ile jest to efekt pracy kolegialnej?
T.E.: Zawsze wychodzi się od koncepcji jednej czy dwóch osób, bo grupa większa niż 2–3 osobowa, zwłaszcza jeśli chodzi o prawników, jest nieefektywna. Więc lepszy jest projekt autorski, czyli 2–3 autorów, który potem jest konfrontowany i dyskutowany z innymi osobami. Ostatecznie rzadko mamy do czynienia z projektem absolutnie autorskim, bo na każdym etapie dyskusji dodawane są wnioski wynikające z uwag czy koncepcji innych osób. Oczywiście, nie neguję, że konstrukcja czy pomysł może pochodzić od jednej osoby. Jednak współczesne prawo, czy akty typu kodeksów są tak skomplikowane, że trudno sobie wyobrazić, by jedna osoba była znawcą wszystkich problemów, by mógł to być absolutnie autorski projekt. Tak więc przy specyficznych, wąskich dziedzinach regulacji jest to możliwe, projekt jest bardziej autorski, a im szersza dziedzina, tym bardziej decyduje głównie efekt pracy kolegialnej.
K.M.: Jakie cele stawia Pan przed Komisją w tej kadencji, jako jej Przewodniczący?
T.E.: Działalność Komisji tej kadencji to kontynuacja i trudno powiedzieć, czy zakończenie prac nad kolejnymi księgami Kodeksu cywilnego. Bardzo duże znaczenie przykładam do tego, by poszczególne księgi, które są efektem prac różnych zespołów autorskich, udało się scalić w akt oparty na wspólnej terminologii i koncepcji oraz by uwzględniały uwagi wynikające z dyskusji nad projektami. Uważam, że dyskusja powinna być wręcz wyegzekwowana przed uchwaleniem ustawy, a nie żeby dopiero po uchwaleniu ustawy wyszukiwano jej słabe strony. Celem całego środowiska powinno być doprowadzenie do powstania spójnego aktu prawnego, który oczywiście nie może wypaczać założeń i koncepcji Komisji Kodyfikacyjnej. Mówimy przecież o konstytucji prawa prywatnego mającej objąć dziedziny, które do tej pory nie były regulowane w Kodeksie cywilnym, np. prawo rodzinne. Dlatego istotne wyzwanie stanowi problem jednolitości i spójności przyszłego KC.
Jeśli chodzi o prawo procesowe, to najważniejsze jest w tej chwili przygotowanie projektu części dotyczącej procesu – postępowania przed sądem I instancji, ewentualnie także środków zaskarżenia. Dotychczas dokonywane zmiany, np. dotyczące postępowania zabezpieczającego, czy międzynarodowego postępowania cywilnego, sądu arbitrażowego, były tak pomyślne, by mogły stać się częścią nowego kodeksu. Poprzednie nowelizacje Kodeksu postępowania cywilnego nie tylko należy postrzegać jako prowadzące do niespójności starego Kodeksu postępowania cywilnego, ale jako fragmenty, które mogą zostać przejęte do nowego kodeksu. Dlatego najważniejsze jest przesądzenie struktury samego procesu, które postępowania odrębne mogą pozostać i takie ich uregulowanie, aby przepisy postępowań odrębnych nie nakładały się na siebie. Konieczne jest rozstrzygnięcie miejsca postępowania nieprocesowego i niezależnie od tego, gdzie będzie to postępowanie, czy w ramach jednego kodeksu czy poza nim, to niewątpliwie zachodzi potrzeba rozbudowania przepisów części ogólnej postępowania nieprocesowego.
Podstawową trudnością, jeśli chodzi o nowy Kodeks postępowania cywilnego, jest wyważenie proporcji pomiędzy przepisami syntetycznymi a potrzebą kazuistyki. Wiąże się to z poziomem stanu sędziowskiego. Jeśli stworzymy przepisy elastyczne, takie które dają dużą swobodę sędziemu w postępowaniu cywilnym, to będzie to wymagało zaufania do sędziego, że będzie z tych instrumentów prawidłowo korzystał. Osobiście nie wyobrażam sobie, żeby kodeks mógł być aktem nadmiernie kazuistycznym, dlatego że nigdy nie będziemy w stanie przewidzieć wszystkich sytuacji, które należy uregulować. Dlatego rzymskie stwierdzenie, że najważniejsi są dobrzy sędziowie, pozostaje cały czas aktualne.
K.M.: W jakim stopniu w procesie legislacyjnym powinny uczestniczyć organizacje pozarządowe, korporacje prawnicze, ośrodki naukowe?
T.E.: Po przedstawieniu projektu należy duże znaczenie przywiązać do dyskusji, co nie oznacza, że wszystkie propozycje mogą być uwzględnione. Oczywiście te, które będą wychodziły z innych założeń, prawdopodobnie nie doprowadzą do zmian, natomiast te, które wskażą na luki czy wady, powinny być uwzględnione.
K.M.: Jak Pan ocenia ubiegłoroczną konferencję katowicką – „Reforma postępowania cywilnego w świetle projektów Komisji Kodyfikacyjnej” i czy coś wniosła do prac prowadzonych przez KKPC?
T.E.: Oceniam ją wysoko. Tego typu konferencje dają możliwość poznania oczekiwań środowiska oraz dyskusji już na etapie założeń projektów. Pokazuje to słabe strony propozycji i pozwala na dokonanie korekt.
K.M.: Czy mamy problem nieuzasadnionego uchylania wyroków do ponownego rozpoznania, a jeśli tak, to jak można mu przeciwdziałać?
T.E.: Przy przyjętym modelu apelacji pełnej uchylenie orzeczenia do ponownego rozpoznania powinno być wyjątkowe. Co do samej koncepcji pojęcia nierozpoznania istoty sprawy należy ją uznać za trafną, bo w ten sposób zapobiega się zarzutowi, że postępowanie może być faktycznie jednoinstancyjne. Od razu chcę zaznaczyć, że przeciwstawić się należy takiemu myśleniu, że można odgraniczyć w działaniu sądu odwoławczego, to co jest działaniem sądu odwoławczego od tego, że spełnia on jakieś funkcje sądu I instancji. Problem ten nie jest należycie rozumiany przez TK. Należy przeciwdziałać nadużywaniu możliwości uchylania wyroków do ponownego rozpoznania. Już ograniczenie co do zakresu postępowania dowodowego polepszyło sytuacje. W projekcie mamy przewidziane zażalenie na orzeczenie uchylające.
K.M.: Czy zmierzamy w kierunku systemu prawa sędziowskiego?
T.E.: Pytanie o wolność wykładni i prawo sędziowskie jest odwiecznym pytaniem. Rola wykładni sędziowskiej rośnie w miarę inflacji praw. Coraz większa kazuistyka norm także prowadzi do tego, że istnieje potrzeba wypełnienia kolejnych luk. Nie powiodło się praktycznie rozróżnienie i wskazanie ścisłej granicy pomiędzy tym, co jest wykładnią prawa a tym, kiedy zaczyna się tworzenie prawa. Osobiście uważam, że sędziowie są często zmuszeni do takiej twórczej wykładni i to nie jest szkodliwe dla funkcjonowania prawa. Wykładnia musi być dokonywana z zachowaniem wszelkich reguł, z największą starannością i poczuciem odpowiedzialności za skutki.
K.M.: Jakie najważniejsze wyzwania stoją przed polskimi sądami i sędziami w najbliższym czasie?
T.E.: Sądy i sędziowie powinni odzyskać wysoki stopień społecznego zaufania. Bardzo niepokoi łatwość podważania przez środki masowego przekazu prestiżu sędziów i autorytetu sądów. Jest to niezwykle szkodliwe w społeczeństwie, w którym świadomość prawna ciągle nie jest najwyższa. Obserwujemy paradoks, że niektórzy politycy jak papugi powtarzają, że sądy funkcjonują źle, opieszale, a z drugiej strony, w wypadku jakiegokolwiek sporu czy konfliktu występują na drogę sądową, co by jednak świadczyło, że sądy cieszą się ich zaufaniem. Dla państwa demokratycznego zaufanie do sądów jest rzeczą ogromnie ważną i dlatego poszukiwanie sensacji, szukanie na siłę korupcji, czy układów działa bardzo niekorzystnie i w konsekwencji prowadzi do obniżenia autorytetu państwa we wszystkich dziedzinach jego funkcjonowania. To, co jest potrzebne w najbliższym czasie, to odpowiedzialność dziennikarzy za pisanie o prawie, sądach, wyrokach z poczuciem, że ta materia jest szczególnie delikatna dla prawidłowego funkcjonowania państwa. Także sędziowie, w granicach swoich możliwości, powinni przyczyniać się do budowy prestiżu prawa w Polsce. Na sali sądowej obowiązywać zaś powinien takt, cierpliwość oraz dogłębna znajomość prowadzonej sprawy.
[/hidepost]