• Mowa prezesowa
  • Artykuł pochodzi z numeru IUSTITIA 3(21)/2015, dodano 27 grudnia 2015.

Ministerstwo Śmieci

Maciej Strączyński

(inne teksty tego autora)

Są też błędy, których komputer nie dostrzeże, a zobaczy je tylko człowiek. Kontrolowałem kiedyś dwa sądy, w tym jeden czasowo „zniesiony” przez wiadomego pana, więc udawano, że jest to jeden sąd, ale wydziały były dwa w dwóch miastach. Co zobaczyłem w arkuszach? Że w jednym z wydziałów wszystkie zarządzenia wykonania kary warunkowo zawieszonej były obligatoryjne (gdy „sąd zarządza” i kropka), a w drugim wszystkie były fakultatywne (gdy sąd „może zarządzić” albo nie). Oczywiście sprawdziłem akta i wcale tak nie było, w obydwu wydziałach były i takie, i takie przypadki. Zawsze i wszędzie tak jest. Ale tak się jakoś dziwnie pomyliło paniom wypełniającym tabelki. Komputer zaś nie wie, co było w aktach. Nie przeczyta postanowień, nie sprawdzi.

Niekiedy prawdy napisać się nie da. Jest np. miejsce, gdzie trzeba wpisać przyczyny niewykonywania kary ograniczenia wolności. Wyliczenie jest enumeratywne. Przyczyną może być np. ukrywanie się skazanego, jego choroba czy odbywanie przez niego kary pozbawienia wolności w innej sprawie. Może nią też być zawieszenie postępowania wykonawczego. Ba, ale jeśli skazany nie może odbywać kary z powodu długotrwałej przeszkody, to postępowanie wykonawcze się właśnie zawiesza! Trafiłem na dobrze działający sąd, w którym gdy tylko istniała długotrwała przeszkoda w wykonywaniu kary, zawieszano postępowanie wykonawcze. Słusznie. Ale sekretariat głupiał przez to zupełnie. – Jadziu, jak skazany się ukrywa i z tego powodu zawieszono postępowanie wykonawcze, to przyczyną niewykonywania kary jest ukrywanie się czy zawieszenie postępowania? – A nie wiem, Zosiu, a co to za różnica? – A bo do jakiejś rubryki muszę to wpisać… Sędzia też nie wie. Arkusz jest tak skonstruowany, że wpisy mają się sumować. Oczywiście się nie sumują, bo panie napisały prawdę: że w 50 sprawach nie wykonywano kar z różnych wyliczonych przyczyn i również w tych samych 50 zawieszono postępowanie wykonawcze. Ale wtedy z 50 zrobiło się 100 spraw i czepiał się wizytator. Znaczy ja.

Garbage in, garbage in. Takimi danymi karmi się ministerialne komputery. Praktycznie nie znalazłem arkusza bez jakiegoś błędu, a nie mam powodów przypuszczać, że pracuję w jakimś wyjątkowym okręgu i tylko w nim robią błędy. Robią wszędzie, bo arkusze są źle opracowane, zbyt obszerne, zbyt wiele trzeba wpisać, programy kontrolujące wyniki działają źle, cały system jest „do chrzanu”. To mogę powiedzieć o statystykach karnych, z którymi się stykam, co do cywilnych przyjmuję bezczelne założenie, że jest tak samo. Wszystkie te błędy przechodzą przez wszelkie sita, nikt nie zwraca nigdy niczego do poprawki. Dlaczego? Bo nikt nie sprawdza, nikogo kompletnie nie obchodzi zawartość arkuszy. Jeśli ktoś wklepie je w komputer, to ten wyrzuci oczywiście informację, że to się nie zgadza matematycznie. Ale przecież w centralnym komputerze są zebrane statystyki z mniej więcej 400 wydziałów, bo tyle jest w Polsce wydziałów cywilnych albo karnych w sądach rejonowych. Jak tu dojść, gdzie były błędy? Zgodnie z zasadami księgowości, jeśli bilans na koniec roku nie zgadza się choćby o jeden grosz, trzeba liczyć go od nowa, bo w rzeczywistości błąd może iść w miliony. Albo coś się zgadza co do jednego, albo nie, matematyka to bardzo ścisła nauka, nie ma nic pośrodku. Nie mam więc wątpliwości, że ministerialne komputery wyrzucają regularnie informację: błąd, błąd, błąd. I co, mamy sprawdzać 400 arkuszy? Więc ktoś siedzi przy komputerze i regularnie klika: zignoruj, zignoruj, zignoruj. Jakieś dane zawsze się wyjmie, nie szkodzi, że garbage out.

Jacek Fedorowicz wyjaśniał w poprzednim ustroju zasady rozpatrywania reklamacji. Podawał typowy dla owego czasu przykład: kupowaliśmy buty, rozklejały się po dwóch dniach (to było normą), przynosiliśmy do reklamacji i po paru miesiącach dowiadywaliśmy się, że „reklamację obywatela załatwiono negatywnie, ponieważ obuwie zostało użyte niezgodnie z przeznaczeniem”. Jak to niezgodnie, przecież buty są po to, aby w nich chodzić? Otóż nie. W ustroju socjalistycznym – wyjaśniał Fedorowicz – buty (wówczas obuwie) produkowano nie po to, aby w nich chodzić, tylko po to, aby były. Żeby je zaksięgować w odpowiednich rubrykach, żeby pracownicy wzięli pensję, a dyrektorzy premię za przekroczenie planu, aby mogło istnieć zjednoczenie przemysłu obuwniczego, ministerstwo, handel detaliczny, jego zjednoczenie i ministerstwo i tak dalej. Celem socjalizmu była produkcja dla samej produkcji. I po to istniało w owym ustroju obuwie. Nie po to, aby w nim chodzić.

Po co są więc dane statystyczne? Właśnie: po to, aby były. Aby ci wszyscy, którzy siedzą na bardzo ważnych, dobrze opłacanych stanowiskach w ministerstwie statystyki, mieli niezbyt ciężkie zajęcie i zachowali swoje ministerialne fotele. Sądy są po to, aby oni mieli co zbierać, mieli czego żądać, mieli co przetwarzać. Potem pokażą całemu światu efekty swej ciężkiej pracy, udowadniając, jak bardzo są potrzebni. A takich, którzy wiedzą, że efekty ich pracy są nic niewarte, jest niewielu. Bzdurne statystyki zobojętniały wszystkim sędziom, nikogo nie obchodzą, 99,99% sędziów przypuszcza, że te dane nie są rzetelne, ale nikomu się nie chce sprawdzać i udowadniać, że tak jest. To byłaby walka z wiatrakami, lobby statystyków ministerialnych jest zbyt mocne i zbyt wysoko postawione, a sędziowie nie mają czasu na walkę z wiatrakami, bo muszą załatwiać numerki. Dla statystyki. Najwyżej coś pomarudzi jakaś „Iustitia”, ale kto by się tam, na górze, marudzeniem sędziulków przejmował.

Owo statystyczne lobby mógłby rozbić tylko jakiś minister, ale żadnemu się nie chce. Nie po to przychodzą do resortu, aby walczyć z jego biurokracją, tylko po to, aby uzyskać dobre notowania społeczne. Statystyki i sposób ich uzyskiwania społeczeństwa nie obchodzą. Ostatni minister (sprzed wyborów), któremu podczas spotkania opowiedziałem pokrótce, jak statystyki powstają, odpisał mi uprzejmie, że już lada moment wszystkie tabelki będą automatycznie sporządzane przez systemy komputerowe, pracownicy nie będą musieli nic wypełniać i nie będzie żadnych błędów. Takiego zapewne wyjaśnienia udzielili panu ministrowi ministerialni statystycy, gdy ich spytał o to, co usłyszał ode mnie. Pan minister był w resorcie krótko i nie wiedział, że ten „lada moment” obiecywany jest niezmiennie od ładnych paru lat i wciąż nie nastąpił. Ja wiem.

Siedzą więc sobie statystycy za biurkami i jest im dobrze. Gorzej z nami, bo na podstawie tych danych minister np. rozdziela etaty i środki. Wyjaśnia to nam, czemu od lat problem właściwej obsady sądów jest nie do rozwiązania. Ale kogo tam, na górze obchodzi, ile pracy ma jakiś sędzia na prowincji?

Ministerstwo statystyki powinno więc się nazywać ­Ministry Of Garbage – Ministerstwo Śmieci. Statystycznych śmieci, bezwartościowych danych masowo produkowanych po to, aby były. I jeśli ktoś zna osobiście wujka googla, niech mu podpowie, aby na hasło „ministerstwo śmieci” też wyławiał właściwą stronę internetową. Niech przynajmniej u niego prawda wypływa na wierzch. Bo ze statystycznych śmieci na pewno jej nie
poznamy.

Prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”

Maciej Strączyński

Strona 2 z 212