• Mowa prezesowa
  • Artykuł pochodzi z numeru IUSTITIA 2(2)/2010, dodano 31 grudnia 2011.

Dwadzieścia lat, a może mniej

Maciej Strączyński

(inne teksty tego autora)

Dawno temu pewien pan zaśpiewał te słowa, kojarzące się dziś z wszelkimi dwudziestoleciami. W tym przypadku zwrot ten ma sens większy niż by się wydawało. Ilu ludzi spośród 2900 Iustitian jest w Stowarzyszeniu od dwudziestu lat? Odpowiedź może być zaskakująca. Czworo, w tym dwoje założycieli. O ile więc „Iustitia” ma dwadzieścia lat, to dla niemal wszystkich z nas jest to jednak mniej.

Zaczęło się wiosną 1990 r. Był kontraktowy Sejm, wolny Senat, kontraktowy Prezydent i premier, nowo utworzona Krajowa Rada Sądownictwa i pierwsze nominacje sędziowskie od Prezydenta (w tym moja). A w Ministerstwie Sprawiedliwości biurokracja obsadzona ludźmi dobranymi w poprzednich czasach. Wizyta sędziów niemieckich w Polsce miała więc przebiec tak, jak zawsze: mieli się spotkać z przedstawicielami polskiego sądownictwa. Starannie wybranymi zza ministerialnych biurek. Ale niemieccy sędziowie, zrzeszeni w niedawno utworzonym Neue Richtervereinigung, chcieli spotkania z prawdziwymi sędziami, z sądów. Wymogli takie spotkanie, a gdy już do niego doszło, podpowiedzieli polskim kolegom: może i wy założycie sobie stowarzyszenie?

Założyli. Zebrali się, napisali statut. Nazwali się „Stowarzyszenie Sędziów Orzekających”, aby podkreślić, że chodzi o sędziów z sądów, że to dla nich ma być stowarzyszenie, a nie dla funkcyjnych z ministerstwa. I dodali nazwę „Iustitia” wymyśloną przez Marię Teresę Romer, jedyną w grupie założycieli sędzię Sądu Najwyższego. Dnia 12.7.1990 r. warszawski sąd zarejestrował SSO „Iustitia”. Sędziowie wybrali pierwszy Zarząd, powierzając matce chrzestnej Stowarzyszenia, najwyższej rangą sędziowską, rolę Przewodniczącej. Zarząd liczył pięć osób. Cztery z nich już dawno rozstały się z „Iustitią”, pozostała tylko piąta … a właściwie pierwsza, najważniejsza.

Czasy dla sądownictwa były niezłe. W sądach wojewódzkich rządzili prezesi demokratycznie wybrani przez sędziów: taką praktykę przyjęto na fali ogólnych przemian. Sądy apelacyjne dopiero tworzono. Sędziowie otrzymywali wynagrodzenia waloryzowane co kwartał, nawet szalejąca inflacja nie była groźna. Zniesiono arbitraż gospodarczy i włączono go do struktur sądownictwa, przybyło sędziów. Ale spraw przybywało jeszcze szybciej.

W 1991 r. pojawił się „wujek z Ameryki”. American Bar Assotiation, związek prawników zza Atlantyku powołał Central and East European Law Initiative, agendę mającą pomóc postkomunistycznym krajom w osiągnięciu demokratycznych standardów prawnych sądownictwa. ABA-CEELI stała się dla „Iustitii” „dobrym wujkiem”. „Wujek” przywiózł dobre rady, podpowiedzi i pomysły, ale także fundusze. Dzięki nim mała organizacja sędziowska w Polsce mogła organizować konferencje, szkolenia, zjazdy i nieść kaganek demokratycznej oświaty. W Polsce urzędowali rezydenci ABA-CEELI, amerykańscy prawnicy. Zmieniali się co rok, półtora. Ostatniemu, Delaine’owi Swensonowi tak się tu spodobało, że został na dwa i pół roku. „Iustitia” uzyskała też swoje biuro, które początkowo wędrowało po Warszawie wraz z biurem ­ABA-CEELI. „Wujek” zaoferował również znaczki członkowskie, a wraz z nimi godło „Iustitii”.

Stowarzyszenie rosło. Dołączali sędziowie z Trójmiasta i Łodzi. W 1992 r. do Zarządu drugiej kadencji wybrano m.in. Katarzynę Gonerę (która miała w nim pozostać przez 17 lat) i Michała Kopcia z Gdańska, pierwszego członka władz spoza Warszawy. To on wpadł na pomysł, że trzeba tworzyć oddziały i zorganizował w Gdańsku pierwszy z nich. W Łodzi też powstał oddział. Potem tworzono kolejne: w Krakowie, Piotrkowie, Płocku, Opolu, Skierniewicach, Ostrołęce. W oddział przekształciła się grupa warszawska. Dziesiąte były Katowice, wchodząc liczną grupą i stając się największym oddziałem.

Nie było mnie w „Iustitii”, gdy powstawała. Gdy na początku lat 90. miała miejsce pierwsza fala pozwów o wynagrodzenia (zakończona wypłaceniem wysokich wyrównań), myślałem po cichu, jak dobrze by było, gdyby sędziowie mieli stowarzyszenie. Nie miałem pojęcia, że już mają. W 1996 r., już jako sędzia sądu wojewódzkiego, trafiłem na szkoleniu na wiceprzewodniczącego „Iustitii” Michała Kopcia. Potem był szybki kontakt z przewodniczącą Marią Teresą Romer, krótkie ustalenia i dziesiątki podpisanych deklaracji członkowskich w Szczecinie. Byliśmy trzynastym oddziałem, wcześniej powstały w Olsztynie i Suwałkach, a równocześnie z nami w Lublinie i Ciechanowie. W niektórych okręgach było słabo, w innych sędziowie garnęli się do „Iustitii”. Wkrótce Szczecin przerósł Katowice, a po nim tytuł największego oddziału zdobył Poznań, który jako pierwszy przekroczył liczbę 100 członków.

Strona 1 z 3123