• Varia
  • Artykuł pochodzi z numeru IUSTITIA 2(36)/2019, dodano 28 sierpnia 2019.

Na co narzekali sędziowie w XIX w.

Agnieszka Lisak

(inne teksty tego autora)


Federacja Bibliotek Cyfrowych, archiwalny afisz

Szczęście dla niego jeszcze, jeżeli ma uczciwych podwładnych, ale jeśli ma między urzędnikami, woźnymi lub dyurnistami tylko jednego wroga, który mu na każdym kroku przeszkody pod stopy kładzie; jeśli podwładni, pomimo doglądania i napominania, a nawet karania nie spełniają swych powinności, jeżeli w tej tak skomplikowanej maszynerji co chwila ruch ustaje, a on za każdą usterkę czuje się być odpowiedzialnym, lecz zaradzić wszystkiemu nie ma sił, ogarnia go w końcu zwątpienie i apatja. Do tego przyczynia się wielce niedostateczność płacy.

Nie nam marzyć o podobnych płacach, jakie mają angielscy sędziowie (…). W urzędach polityczno-administracyjnych, a szczególnie w naczelnych instytucjach szuka karjery i znajduje ją młodzież po większej części zamożna. Do sądownictwa zaś garnie się przeważnie najuboższa klasa prawników – ludzie, którzy o głodzie i chłodzie pracują dzień cały po lekcjach, dyurnach itp. (…). Taki ukończony prawnik musi 2–3 lata pracować przy sądzie jako bezpłatny praktykant. (…) Czem ci ludzie żyją, jak oni latami bezpłatnie pracować potrafią, to nikogo nie obchodzi”.

W dodatku – jak zauważa dalej autor – każdy podejmujący się bezpłatnej praktyki sądowej musi mieć zaświadczenie, że aż do uzyskania urzędu ma zapewnione utrzymanie. W rezultacie żenią się tacy z konieczności, aby mieć chwilowo zabezpieczony byt dzięki posagowi żony. Pną się w pocie czoła po zawiłych szczeblach sędziowskiej kariery, by dopiero mając 45 lat, zostać sędzią powiatowym „z siłami nadszarganemi pracą, ze steranym własnym majątkiem, jeśli jaki posiadał, w długach, jeśli nie miał żadnego majątku, utraciwszy wszystkie idealne poglądy na świat i ludzi”.

Przyjmuje się, że życie w małych miasteczkach jest tańsze, co wcale nie jest prawdą. Za liche mieszkanie trzeba płacić tyle co w dużym mieście za wygodne i dobre. Z wyjątkiem niektórych artykułów spożywczych za wszystko na prowincji przepłaca się, a do tego brakuje podstawowych produktów, więc odzież, książki, sprzęty domowe, a nawet kawę i cukier, trzeba sprowadzać z dużych miast. W dodatku, jeżeli sędzia powiatowy ma dzieci, które przecież chodzą do szkoły, to „musi nie raz cudów finansowych dokazywać, aby jako tako istnieć.”. A ile wydatków pociąga za sobą stanowisko, które przecież trzeba reprezentować godnie? Ile kosztują składki, datki dawane chodzącym po kolędzie, czy też na cele dobroczynne, wreszcie napiwki, które wypada wręczać przy wielu okazjach? Do tego nie raz sędzia jako pierwszy urzędnik powiatu przy zakupie przepłacać musi, by nie zostać posądzonym o to, że chce przyjmować od sprzedającego jakiekolwiek finansowe korzyści.

W dodatku życie na prowincji nie jest łatwe jeszcze z jednego powodu. Przecież każdy potrzebuje odpoczynku po pracy i rozrywki. Jaką tymczasem ma sędzia rozrywkę, mieszkając w małym miasteczku, gdzie oprócz księdza, adiunkta, aptekarza i poczmistrza nikogo do przyzwoitej rozmowy nie znajdzie. Jak łatwo się domyśleć, doskwiera mu samotność.

Tekst podpisano „jeden sędzia powiatowy w imieniu wielu”.

* Autorka jest radcą prawnym. Prowadzi blog historyczny: https://lisak.net.pl/blog/

Strona 2 z 212