• Ważne pytania
  • Artykuł pochodzi z numeru IUSTITIA 4(34)/2018, dodano 7 marca 2019.

Sąd to ludzie, nie budynek
z SSR Dorotą Zabłudowską rozmawiają

Edyta Bronowicka i Tomasz ­Zawiślak

(inne teksty tego autora)

E.B., T.Z.: Jak Pani rozumie otwarcie się sędziów i sądów na obywateli? Czy w ogóle jest to potrzebne?

D.Z.: Próba „reformy” wymiaru sprawiedliwości spowodowała swoiste przebudzenie się sędziów, i to na wielu płaszczyznach. Można powiedzieć, że wyszliśmy ze swojej szklanej wieży. Gdy w lipcu 2017 r. tysiące ludzi wyległo na ulice, by zaprotestować przeciwko niszczeniu niezależnego wymiaru sprawiedliwości, zrozumieliśmy, że jesteśmy ludziom potrzebni. Co więcej, społeczeństwo obywatelskie jest niezbędnym elementem funkcjonowania demokracji, swoistą piątą władzą, która ma za zadanie baczenie, czy pierwsze trzy przestrzegają reguł gry, czy postępują zgodnie z Konstytucją. Sami sędziowie nie zdziałaliby nic bez udziału obywateli. Jest nas przecież zaledwie garstka. Wsparcie obywateli dało sędziom siłę do stawienia oporu zmianom o charakterze politycznym, do mówienia głośno, że politycy łamią Konstytucję.

Jestem przekonana, że gdyby nie protesty w lipcu 2017 r., Prezydent nie zawetowałby ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. Bardzo prawdopodobne jest, że w wymiarze sprawiedliwości dokonałyby się nieodwracalne zmiany, których nie można by już cofnąć, tak jak to miało miejsce na Węgrzech. Prezes Sądu Najwyższego Węgier Andras Baka wygrał wprawdzie sprawę przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, jednak otrzymał jedynie odszkodowanie, bo jego stanowisko było już zajęte. Na szczęście w Polsce udało się obronić Sąd Najwyższy na tyle długo, że dało to czas na reakcję Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Sąd Najwyższy przez wiele miesięcy przypominał oblężoną twierdzę. Sędziowie SN zaimponowali mi finezją i konsekwencją w stosowaniu prawa i wykorzystaniu instytucji prawnych. Myślę, że mało kto był w tym czasie tak samotny, jak sędziowie Sądu Najwyższego. To wsparcie obywateli dało im siłę i determinację, by trwać na stanowiskach, by nie ulegać presji przejścia w stan spoczynku, by myśleć nad rozwiązaniami prawnymi, które pozwolą ocalić Sąd Najwyższy. Gdy na początku 2018 r. miałam okazję być w Sądzie Najwyższym, na korytarzu na honorowym miejscu dostrzegłam tablicę z apelem sędziów krakowskich, zawierającym podziękowanie i prośbę do obywateli, by stali na straży sądów. To mówi samo za siebie.

W lipcu 2017 r., gdy na wezwanie „Iustitii” pierwszy raz przyszłam pod Sąd, wzruszyłam się, widząc, jak wielu ludzi przyszło zaprotestować przeciwko proponowanym przez Sejm ustawom rujnującym wymiar sprawiedliwości. W końcu wakacje, ludzie na urlopach, komu w głowie polityka czy protesty. A jednak przyszli. Jednocześnie poczułam wstyd, że ci ludzie stoją pod Sądem, mówią o sądach, sędziach, a sędziów tam nie widać. To znaczy byli, wiem o tym, gdyż sama spotkałam kilku znajomych sędziów, ale jednak w tłumie. Poczułam, że powinniśmy się pokazać, że jesteśmy tym ludziom winni coś więcej niż anonimową obecność. Wielu kolegów czuło tak samo. Dlatego kolejnego wieczoru przyszliśmy pod Sąd ubrani na czarno. Stanęliśmy na schodach… i zaczęliśmy mówić.

I tak rozmawiamy do tej pory.

Dotychczas powaga urzędu sędziego była przez wielu rozumiana jako przemawianie z góry, niezrozumiałym językiem, dyscyplinowanie i upominanie. Tymczasem prawdziwy autorytet buduje się w drodze dialogu, w atmosferze zrozumienia. Sędzia nie może się bratać ze stronami, ale muszą one mieć poczucie, że sędzia je szanuje, że rozumie ich problemy. Wówczas łatwiej przyjmą nawet niekorzystny dla nich wyrok, opuszczą sąd z poczuciem szacunku dla instytucji, wrażeniem, że ktoś pochylił się nad ich sprawą.

Przez te półtora roku zorganizowaliśmy jako Oddział „­Iustitii” w Gdańsku we współpracy z samorządami adwokackim i radcowskim kilka spotkań dla obywateli, które cieszyły się dużą popularnością. Na spotkanie z sędzią Igorem Tuleyą w Europejskim Centrum Solidarności zgłosiły się takie tłumy, że omal nie padliśmy ofiarami własnego sukcesu, gdyż pojawiło się ryzyko, że w największym audytorium ECS zabraknie miejsca. Natomiast spotkanie to odbiło się tak szerokim echem, że pod pretekstem wyjaśniania obecności jednego z lokalnych polityków na widowni zastępca rzecznika dyscyplinarnego wszczął postępowanie wyjaśniające i wezwał dwóch kolegów na przesłuchanie, sam Igor Tuleya zaś musiał się tłumaczyć rzecznikowi na piśmie z udziału w naszym spotkaniu.

Ludzie chcą słuchać głosu sędziów, chcą, żeby im wytłumaczyć zawiłości prawne aktualnej rzeczywistości. Na te spotkania ludzie nie przychodzą po porady prawne. Przychodzą, żeby rozmawiać o tym, co się dzieje, o przyszłości polskiej demokracji, o Konstytucji. To wielkie wartości i wielkie wyzwanie dla trzeciej władzy. Na teraz, ale przede wszystkim na przyszłość, gdy trzeba będzie posprzątać ten bałagan prawny, który powstał przez ostatnie 3 lata, przywrócić normalne funkcjonowanie instytucji demokratycznych.

Co szczególnie mnie wzrusza, to fakt, że ludzie nabrali zwyczaju cyklicznego spotykania się pod sądami, żeby rozmawiać o bieżących wydarzeniach i o przyszłości Polski. Że sąd stał się dla nich miejscem rozpoznawalnym, takim jakim kiedyś był kościół. Że miejsce przed sądem stało się forum wymiany myśli, dyskursu obywatelskiego. To wielka wartość. Zdarzyło mi się spotkać pod sądem w Gdańsku człowieka, którego onegdaj skazałam. Nawet go nie poznałam, przecież prowadzimy wiele spraw. Powiedział, że wprawdzie wyrok jego zdaniem był niesłuszny, ale to nieważne, bo ważniejsze jest to, co dzieje się tutaj. Ważniejsze jest zachowanie praworządności. Takie rozmowy poruszają. To również zobowiązanie dla nas, sędziów. Obywatele przychodzą, bo chcą. My mamy konstytucyjny obowiązek ochrony ich praw i wolności. Nie chodzi o to, żeby stać pod sądem i przemawiać, tylko żeby na sali rozpraw orzekać zgodnie z prawem i własnym sumieniem. Nawet z narażeniem osobistej wygody czy interesu. Bo sędzią nie zostaje się na łatwe czasy.

Strona 2 z 512345