- Ważne pytania
- Artykuł pochodzi z numeru IUSTITIA 1(3)/2011, dodano 31 grudnia 2011.
Kiedy lex nie było ius
z profesorem Adamem Strzemboszem sędzią Sądu Najwyższego w stanie spoczynku rozmawia
[hidepost=1]
Ł.P.: Co było przyczyną napisania przez Pana książki (wraz z Marią Stanowską) „Sędziowie warszawscy w czasie próby 1981–1988”?
A.S.: Myślę, że nie docenia się tego, co zrobili sędziowie w poprzednim okresie, a w szczególności w latach 1981–1988, w jak trudnych warunkach pełnili swą służbę. Wiedza na ten temat jest minimalna, a należy ją upowszechniać. Okazało się, że pomimo poważnych nacisków na to, by w sprawach politycznych wydawać wyroki skazujące, przy ówczesnej średniej uniewinnień na poziomie 2–4%, w sprawach politycznych zarówno toczących się w I instancji przed Sądem Wojewódzkim dla m.st. Warszawy, jak i w stołecznych sądach rejonowych, średnia uniewinnień oscylowała w granicach 50%! Postawa tych sędziów zasługuje na najwyższy szacunek, skoro stosowane były wobec nich ogromne naciski o charakterze politycznym. Ci sędziowie mieli też do czynienia z naciskami o charakterze policyjnym, a wreszcie występowały naciski ze strony SN, którego sędziowie spotykali się z niepokornymi sędziami celem wymuszenia zmiany orzecznictwa. To było coś więcej niż oparcie się naciskom: to była forma wypowiedzenia się za ius, kiedy lex nie było ius, to był bunt na rzecz prawa moralnego przeciwko usankcjonowanemu bezprawiu. Trzeba było mieć wielkie poczucie godności osobistej i odporność, by wydawać takie orzeczenia. Oczywiście należy też dostrzec postawę sędziów z innych części kraju, gdzie było jeszcze trudniej, bowiem nie było tam tak silnej „Solidarności” jak w Warszawie, np. w Sądzie Wojewódzkim w Olsztynie w sprawach politycznych zawsze przewodniczył Prezes tego sądu, a w składzie był śmiertelnie chory sędzia delegowany z sądu rejonowego, który za swą życiową misję uznawał dokopanie „solidaruchom”. Tam nacisk był jeszcze większy. Na szczególną uwagę zasługuje też właściwa etycznie postawa sędziów krakowskich. Pomimo tych wszystkich nacisków sędziowie w swej większości zachowali się bardzo odważnie i uratowali honor wymiaru sprawiedliwości, choć nie można zapominać i o tych, którzy zachowywali się haniebnie wydając skandaliczne wyroki – tych jednak było stosunkowo niewielu.
Ł.P.: Co Pana skłoniło – jako sędziego – do tego, by wystartować w wyborach prezydenckich? Jak dziś ocenia Pan tę decyzję?
A.S.: Oceniam ją jednoznacznie negatywnie. Skłonili mnie do kandydowania przedstawiciele kilku partii po parotygodniowych naleganiach. Gdy tylko podjąłem tę decyzję, zawiesiłem pełnienie swego urzędu. Zrobiłem to jako jedyny z kandydatów, pomimo że kilku innych również wówczas pełniło ważne funkcje państwowe np. Rzecznika Praw Obywatelskich czy Prezesa Narodowego Banku Polskiego. Zrezygnowałem z kandydowania jeszcze przed pierwszą turą, gdy zorientowałem się, że jedna z partii, która mnie nakłoniła do startu, zaczyna ode mnie wymagać różnych rzeczy, o których wcześniej nie było mowy, i na które się nie godziłem.
Ł.P.: Był Pan współprzewodniczącym (ze strony „Solidarności”) podstolika ds. wymiaru sprawiedliwości przy Okrągłym Stole. Na ile udało się zrealizować przyjęte tam założenia?
A.S.: Uważam, że osiągnęliśmy bardzo wiele w zakresie rozwiązań ustrojowych odnośnie sądów. Wzorując się np. na rozwiązaniach portugalskich, doprowadziliśmy do tego, że każdego sędziego powołuje Prezydent, podczas gdy np. w Niemczech na podstawowy szczebel sędziowski powołanie następuje decyzją Ministra Sprawiedliwości danego Landu. Gwarancje niezależności sądów i niezawisłości sędziów w naszych rozwiązaniach zostały maksymalnie rozwinięte. Jako przykład wskażę zapewnienie sędziemu aż do stanu spoczynku wypłatę wynagrodzenia, jeżeli z powodu reorganizacji (np. likwidacji sądu) nie mógłby orzekać. To bardzo istotne, bowiem w okresie międzywojennym znane były przypadki reorganizacji tylko po to, by pozbyć się niewygodnych sędziów. To przyjęte przez nas rozwiązanie zapobiegło choćby pokusom skorzystania z tego rodzaju metod. Oczywiście nie we wszystkim osiągnęliśmy sukces i nie od razu – byliśmy chyba jedynym podstolikiem, który w wąskim zakresie podpisał porozumienie, a mianowicie tylko w zakresie zmian ustrojowych w sądach. Na odpowiednie zmiany chociażby w Kodeksie karnym i Kodeksie postępowania karnego musieliśmy czekać aż do uchwalenia nowych kodeksów w 1997 r.
Ł.P.: Był Pan związany z działalnością pierwszego ośrodka adopcyjnego w Warszawie. Interesował się sprawami dzieci i nieletnich i opowiadał za tworzeniem rodzinnych domów dziecka. Jak ocenia Pan dzisiaj rozwój tych instytucji, a w tym kontekście rolę sądów rodzinnych i konieczność ich istnienia?
A.S.: Byłem istotnie zaangażowany w działalność sądownictwa rodzinnego oraz ogólnie sprawy dzieci oraz nieletnich, ponieważ przez kilka lat pełniłem funkcję sędziego dla nieletnich, a następnie wizytatora ds. nieletnich w Sądzie Wojewódzkim dla m.st. Warszawy. Byłem również przewodniczącym rady pierwszego w Warszawie ośrodka adopcyjnego przy Towarzystwie Przyjaciół Dzieci. Oczywiście uważam, że sądownictwo rodzinne powinno zachować swoją odrębność, nie może być tak, by zaprzepaścić jego pokaźny dorobek oraz specjalizację sędziów i ich unikalne umiejętności, które powinni nabywać w toku specjalnych studiów oraz szkoleń, w zakresie psychologii. Jestem przeciwny temu, by sprawy rodzinne i opiekuńcze rozpoznawał cywilista, a te dotyczące nieletnich karnista.
Ł.P.: Jak rozumie Pan Profesor przesłanie swojego ojca, że „nie można być byle jakim” w naszym zawodzie?
A.S.: Ta dewiza dotyczy nie tylko sędziów. U nas w rodzinie liczyło się, jakim kto był człowiekiem. Ojciec mawiał, że nieważne kim jesteś, ważne żebyś był kimś. Nie chodziło mu o oczywiście o karierę. Muszę powiedzieć, że myśmy żyli w dużej biedzie, właściwie jak na warunki dzisiejsze niewyobrażalnej. Warunki materialne jednak nie były istotne, ojciec wymagał od nas właściwej postawy wynikającej z obowiązków obywatelskich. To, co mnie najbardziej raziło w sądownictwie polski ludowej (i to już po okresie stalinowskim – wcześniej do sądownictwa bym nie przyszedł), to były stosunki międzyludzkie. Przewodniczący Wydziału poklepujący koleżanki, swobodna atmosfera, założenie z góry, że są sędziowie do zadań specjalnych – to wszystko było nie do przyjęcia. Teraz nie ma już sytuacji drastycznych, niemniej uważam, że dobrze się stało, że sędziowie w stanie spoczynku również objęci są określonymi ograniczeniami – tak jak sędziowie zawodowo czynni.
[/hidepost]