• Na dobry początek
  • Artykuł pochodzi z numeru IUSTITIA 1(39)/2020, dodano 10 sierpnia 2020.

Polityczne wybory w Sądzie Najwyższym

dr hab. Krystian Markiewicz

(inne teksty tego autora)

pobierz pdf
 
 
Wybory powinny być uczciwe. W Konstytucji RP jest to doprecyzowane poprzez wskazanie, że wybory najważniejszych władz w kraju powinny być powszechne, równe, bezpośrednie i tajne. Wybory te są zatwierdzane przez Sąd Najwyższy, i dlatego nie waham się powiedzieć, że wybory w SN mają równie dużą wagę jak prezydenckie. Mam na myśli zarówno konkurs na sędziego Sądu Najwyższego, jak i wybory I Prezesa SN. Powinny się one cechować przejrzystością reguł, a kryteria oceny kandydatów oraz sami kandydaci powinni być przedmiotem debaty publicznej; tego, jak wynika z naszych badań1, chce większość społeczeństwa (65% ankietowanych, a wśród sędziów 86%). Tymczasem wybory na I Prezesa SN były zwyczajnie ustawione i żadne debaty od początku nie wchodziły w grę.

Nie wiem ilu z nas zauważa niesamowitą zbieżność wydarzeń. W tym samym czasie wybieramy na 5 lat najważniejszego przedstawiciela władzy wykonawczej – polityka i na 6 lat najważniejszego przedstawiciela władzy sądowniczej. Niestety okazało się, że również polityka – albowiem byłego wiceministra sprawiedliwości w resorcie Zbigniewa Ziobry (gdy innym wiceministrem był obecny Prezydent Andrzej Duda). Czas w końcu zrozumieć, że po to są trzy władze, by się równoważyły, by jakaś inna władza, czyli władza sądownicza, mogła nas chronić przed olbrzymią władzą polityczną. Inaczej mamy monowładzę, wszystko w rękach polityków, a to jest zaprzeczeniem demokracji i wolności. Czy naprawdę chcemy, by najważniejszym przedstawicielem trzeciej władzy, czyli I Prezesem SN i Przewodniczącym Trybunału Stanu, mającym sądzić polityków za naruszenie Konstytucji RP, był polityk, czy niezależny sędzia?

Całe szczęście, że wyniki badań społecznych wskazują, iż w dużej mierze odrobiliśmy lekcje z najnowszej historii i Polacy nie chcą, by I Prezesem SN była osoba, która sprawowała urzędy polityczne (61%, a wśród sędziów 95%) lub miała zażyłe kontakty z politykami (68%, wśród sędziów 97%). Szkoda, że tego stanowiska nie podziela Prezydent Andrzej Duda i powołana przez niego na stanowisko I Prezesa SN Małgorzata Manowska. Głos społeczny nie ma dla nich najwyraźniej żadnego znaczenia.

Wybory były sfingowane od początku do końca. Choć z tym końcem jest zasadniczy problem – bo wybór formalnie nie nastąpił. Zabrakło uchwały Zgromadzenia o przedstawieniu Prezydentowi kandydatów na I Prezesa SN. Każdy może zapoznać się z relacjami z wyborów tak w formie pisemnej2, jak i nagraniami z obrad, które relacjonowaliśmy w Internecie, i się o tym przekonać. Warto też przypomnieć co było wcześniej. Politycy tak zmienili ustawę o SN, by to nie Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN wybierało kandydatów na I Prezesa, ale by politycy partii rządzącej, poprzez wybranych przez nich neo-sędziów, przedstawili oczekiwaną przez Prezydenta Andrzeja Dudę kandydaturę. Do obecnej sytuacji chyba lepiej pasowałoby takie sformułowanie zapisu Konstytucji RP: „Pierwszego prezesa SN powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencje spośród sędziów Sądu Najwyższego oraz innych osób uczestniczących w Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów Sądu Najwyższego”. Gdyby ekipa rządząca miała odpowiednią przewagę w Sejmie, zapewne w taki sposób zmieniłaby ustawę zasadniczą. Skoro to jednak nie było możliwe, Pan Prezydent delegował do przewodniczenia obradom innych polityków – byłego dyrektora w resorcie Z. Ziobry pana Kamila Zaradkiewicza, a po jego ustąpieniu w bój posłał byłego wiceministra spraw zagranicznych Aleksandra Stępkowskiego. To oni mieli zadbać o to, aby wśród przedstawionych kandydatów znalazł się ten zgodny z oczekiwaniami Prezydenta Dudy i Ministra Ziobry. Dlatego właśnie obaj panowie, niezwykle doświadczeni w walkach politycznych, nie przejmowali się sędziami SN, prowadzili Zgromadzenie Ogólne według zasad, które przyjmowali na użytek chwili, unieważniali głosowania, odrzucali wnioski sędziów lub pozostawiali je bez rozpoznania. Ba, nawet zabierali im głos poprzez wyłączanie mikrofonu. Te sztuczki znamy oczywiście z obrad sejmowych. Niestety takie metody prowadzenia dyskusji wkroczyły do SN wraz z neo-sędziami.

Głosowanie miało miejsce również według zasad ustalonych przez polityków: parlamentarzystów, którzy uchwalali ustawę kagańcową, Prezydenta, który narzucał regulamin SN oraz wskazanych wyżej dwóch panów, których Prezydent Andrzej Duda powołał. Pomimo różnych zabiegów podczas tego co miało przypominać obrady Zgromadzenia Ogólnego Sędziów SN, jedyną osobą, która bez wątpienia uzyskała poparcie tegoż Zgromadzenia, jest SSN prof. Włodzimierz Wróbel. Gratulujemy Panu Sędziemu uzyskania 50 głosów sędziów SN, czyli większości. Pozostałe 4 osoby, neo-sędziowie, których Pan Stępkowski, bez uchwały Zgromadzenia, bez protokołu przedstawił Panu Prezydentowi, nie mają żadnej legitymacji od Zgromadzenia Ogólnego Sędziów SN i tym samym nie można uznać, że zostały one formalnie przedstawione przez Zgromadzenie.

Strona 1 z 212