• Varia
  • Artykuł pochodzi z numeru IUSTITIA 1(11)/2013, dodano 11 kwietnia 2013.

Kupowanie na umór,
czyli o lęku egzystencjalnym i rozpasanej konsumpcji

Monika Stasiuk, dr Tomasz Baran

(inne teksty tego autora)

Teoria opanowywania trwogi – uwagi krytyczne

Przedstawione badania oraz interpretacja ich wyników przez zwolenników TMT prezentują ciekawy pogląd na naturę niektórych zachowań człowieka wskazując, że mogą być one motywowane lękiem przed śmiercią. Ale jednocześnie budzą pewne zastrzeżenia, a przynajmniej prowokują do wielu pytań.

Przede wszystkim sprzeciw budzi zakładanie a priori, że wszyscy boją się śmierci, w związku z czym przypominanie ludziom o niej wzbudza lub raczej nasila w nich ten lęk, a co za tym idzie obserwowane reakcje są jego bezpośrednim następstwem. Wcale nie musi tak być. Zjawisko wzmożonej konsumpcji, zwłaszcza dóbr luksusowych, po wydarzeniach nasilających świadomość śmierci można tłumaczyć tym, że w takiej sytuacji człowiek zaczyna w mniejszym stopniu gromadzić pieniądze na przyszłość, ponieważ przyszłość jest niepewna, a zaczyna z nich korzystać na bieżąco, w sposób, który przynosi mu najwięcej zadowolenia. Przyjemniej jest mieszkać w dużym komfortowym domu i jeździć ładnym samochodem niż na poczet dostatniej starości cisnąć się z rodziną w niewielkim mieszkaniu w bloku. Nastawienie na teraźniejsze przyjemności w perspektywie rychłej śmierci wielokrotnie miało już miejsce w historii narodów muszących skonfrontować się z jakąś rzeczywistą lub jedynie spodziewaną katastrofą. Takie dekadenckie nastroje ogarnęły pod koniec XIX w. społeczeństwa europejskie, zwłaszcza elity artystyczno-intelektualne, które w oczekiwaniu na koniec świata oddały się straceńczej zabawie, „ponieważ już tylko to im zostało”. Młodopolska postawa „jedzmy i pijmy, bo wszystko stracone” może być zbieżna z kompulsywną reakcją konsumpcyjną Amerykanów po atakach z 9.119. Oczywiście skala zjawiska była inna, ale rozumienie skłonności do nadmiernej konsumpcji w obliczu jakiejś tragedii, jako zmiany perspektywy patrzenia na swoje życie z długoterminowej na krótkoterminową, może sugerować odmienny sposób interpretacji opisanych zjawisk.

Kolejne zastrzeżenie, jakie można mieć odnośnie prezentowanych wyżej teorii, jest natury, nazwijmy ją, obserwacyjno-logicznej. Wydaje się bowiem, że człowiek, któremu przypomina się, że niedługo umrze, że wszystko, co go otacza jest kruche i nietrwałe, że przecież nie zabierze ze sobą do grobu tego wszystkiego, o co walczy w życiu, zwłaszcza rzeczy materialnych, powinien w następstwie takiej wiedzy zwrócić się ku temu, co „naprawdę ważne”, co daje „prawdziwe zadowolenie”, „prawdziwą satysfakcję i szczęście”. Są to takie wartości jak miłość, zwłaszcza w rodzinie, przyjaźń, wiara. Wydaje się, że osoba taka powinna bardziej cieszyć się tym, co już ma, ponieważ w każdej chwili może to utracić, że powinna czerpać zadowolenie z małych rzeczy, gdyż są one łatwo dostępne i nie trzeba o nie walczyć nierzadko stawiając na szali wyznawane przez siebie wartości, jak choćby uczciwość czy współczucie. Ciekawe, że śmiertelnie chorzy ludzie, którym naprawdę zostało już niewiele czasu, bardzo często dokonują właśnie takiego wyboru, porzucają to wszystko, czym dotychczas żyli, o co walczyli, a co nie dawało im satysfakcji, aby cieszyć się życiem w otoczeniu swoich najbliższych. Dopiero w obliczu śmierci potrafimy stwierdzić, co jest dla nas ważne i bynajmniej zadziwiająco często nie są to pieniądze10. Literacką personifikacją tego typu przemiany jest dickensowski Ebeneezer Scrooge, który po wizycie przypominających o śmierci duchów, ze skąpego, nieczułego nawet na krzywdę własnej rodziny milionera zmienia się w wesołego i skorego do pomocy wujka. I co więcej, przynosi mu to wiele radości. Wydaje się bowiem, że skupienie się na wartościach materialnych, które według TMT ma chronić przed lękami egzystencjalnymi, a tym samym czynić nasze życie lepszym, przynosi wręcz odwrotne skutki w postaci głównie samotności oraz wielu dolegliwości, a nawet chorób spowodowanych stresem, co w społeczeństwach zachodnich jest dzisiaj niemal plagą. Zaobserwować już nawet można pierwsze objawy przesilenia tego zjawiska w postaci mody na tzw. downshifting, czyli zwolnienie trybu życia, porzucenie dobrze płatnej, ale stresującej pracy na rzecz mniej dochodowego, aczkolwiek dającego satysfakcję zajęcia, pozwalającego spędzać więcej czasu z bliskimi, przeniesienie się za miasto i generalnie zdrowszy tryb życia, na zwolnionych obrotach. Dyskusyjne wydaje się również założenie, że wysoka samoocena miałaby zmniejszać lęk przed śmiercią. Ludzie zadowoleni ze swojego życia i z siebie powinni przecież bardziej bać się śmierci od tych, którzy uważają, że są nic nie warci, ponieważ mają od nich więcej do stracenia. Logika podpowiada, że bardziej chcemy zatrzymać coś, co jest dobre i wartościowe, niż coś co jest nijakie i nikomu niepotrzebne.

Ale niezależnie od różnych wątpliwości trudno się też oprzeć wrażeniu, że w reklamie batonika Mars, w której Indianin przygotowany już na śmierć po zjedzeniu tej słodkiej przekąski nagle odżywa i nabiera ochoty na intymne spotkanie z „Dziką Stokrotką”, jest jednak coś na rzeczy. Można powiedzieć, że konfrontacja z kluczowym lękiem egzystencjalnym gwałtownie nasila w nas wolę życia. Wyzwala podstawowe mechanizmy obronne, które leżą m.in. u podłoża wszelkich zachowań konsumpcyjnych. Mechanizmy te działają poniżej granicy naszej świadomości, a więc wymykają się wolicjonalnej kontroli. Na gruncie prawnym może to rodzić pytanie o kwestię poczytalności zachowań będących konsekwencją konfrontacji z nieuchronnością śmierci. Naszym zdaniem, może to być okoliczność łagodząca, ale w żadnym razie nie zwalniająca z odpowiedzialności. Wszyscy umrzemy, co nie znaczy, że w międzyczasie powinniśmy popadać w nihilizm i dawać jednostkom podstawę do wywracania do góry nogami zasad warunkujących przetrwanie społeczności.

Strona 3 z 41234